czwartek, 30 sierpnia 2012

Dwa.


Godzina 8.39. Julia przetarła oczy i odgarnęła swoje długie włosy z twarzy. Zorientowała się, że reszta herbaty, która znajdowała się w szklance, wylała się na jej bluzkę, tworząc plamę, która jeszcze do końca nie wyschnęła. 
- Cholera! - prędko wstała z kanapy, starając się nie nadepnąć na śpiącego koło niej psa. Nieogarniętym, zmęczonym krokiem, zmierzała w stronę łazienki. Odkręcając zimną wodę, przejżała się w lustrze.
- O Boże.. Julia, jak ty wyglądasz?.. - powiedziała do swojego odbicia. Zmoczyła ręce i opłukała twarz. Gdy skończyła, chwyciła za ręcznik i wychodząc z łazienki, usłyszała, jak Olly piszczy pod drzwiami wejściowymi. Otarła do porządku buzię, rzuciła ręcznik na krzesło i podbiegła do wejścia. Trochę uchyliła drzwi, aby zobaczyć, kto przyszedł. 
- Dzień dobry. - ujrzała listonosza z kilkoma kopertami w ręce.
- Dzień dobry.
- Pani Julia Brosnowska?
- Tak, zgadza się.
- Proszę tu podpisać. - listonosz podał jej kartkę i pokazał miejsce, w którym ma złożyć podpis. - Polka? - spytał, kiedy jeździła piórem po papierku. 
- Tak. - odpowiedziała, uśmiechając się do mężczyzny. 
- Mój ojciec urodził się w Polsce. - powiedział, przyglądając się ruchom dłoni Julii. Ona tylko się uśmiechnęła i oddała kartkę listonoszowi, a w tym samym czasie, on podał jej koperty. 
- Do widzenia. Milego dnia. - stale uśmiechał się miły pan z torbą.
- Wzajemnie. Do widzenia. - Julia zamknęła drzwi i poszła do kuchni. Usiadła wygodnie na taborecie, wyciągając mały nożyk z szuflady. Po kolei rozcięła koperty. Były trzy. Pierwsza była od wujka, mieszkającego miasto obok, lecz który wyjechał na miesiąc do Polski. Wysłał list:
"Witaj, droga Julio. Piszę ci list, ponieważ jestem w Polsce, nie mam jeszcze telefonu, a nie znam na pamięć twojego numeru. Chciałem cię powiadomić, że jestem w stanie zatrudnić cię w moim sklepie jako sprzedawczynię. Moja była pracownica znalazła ofertę lepszej pracy i się zwolniła, także spokojnie możesz pracować. Wracam za dwa tygodnie. Teraz to juz pewnie będzie za kilka dni, bo trzeba wziąć pod uwagę czas, w jaki wysyłano ten list. Możesz się przygotować na moje odwiedziny. Powiadomię cię jeszcze telefonicznie, kiedy będę miał zamiar do ciebie wstąpić. Wracając do tematu pracy, będziesz pracować w poniedziałki, wtorki, czwartki, piątki i soboty od 9.00 do 17.00 z godzinną przerwą od 13.00 do 14.00. Chcę płacić ci więcej, niż innym pracownikom, ponieważ wiem, w jakiej sytuacji jesteś, a ty wiesz przecież, że ja zawsze jestem w stanie ci pomóc. Pieniądze mam, także nie ma problemu. Mam nadzieję, że ucieszyłem cię tą ofertą. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Wujek Henryk".
- JEEEEEEEEEEEEST! - krzyknęła na całe gardło dziewczyna, kończąc czytać list, w którym zawarta była wspaniała wiadomość. Olly tak się wystraszył, że zaczął szczekać i biegać od drzwi wejściowych do kuchni i z powrotem.
- Ale to pewnie nie dosyć wiadomości na dzisiaj. - pomyślała Julia i wzięła następną kopertę do ręki. - Rachunki. Znowu rachunki. Tylko wydawać i wydawać. - odłożyła rachunki na bok i wzięła ostatnią kopertę. 
"Korn. Bilet na koncert. Start: 26 marzec 1998r. godzina 21.00. Stadion Miejski, Chicago"
- Bilet na Korn?! - zdziwiona patrzała na kawałek kartki i nie wierzyła w to co czyta. Do tego była dołączona jeszcze jedna kartka. 
"Idziesz ze mną! I nie ma, że nie idziesz, bo idziesz! Szykuj się,
bo to za półtora miesiąca już! Scarlett." 
- O mój Boże. Czy to jest jakiś żart? No dobra.. Bardzo się cieszę, że pójdę, ale Jonathan... Jak do tego czasu się coś wydarzy.. Dobrego, czy złego.. To może wpłynąć na moją chęć pójścia tam. A przecież nie mogę zawieźć Scarlett. A po drugie, nie chcę, żeby ona o tym wiedziała. Przynajmniej teraz nie chcę. - myślała pogubiona Julia, po czym odłożyła bilet z kartką na stolik i przytuliła się do Olly'ego. 

***
NAZAJUTRZ

- Tak? - odezwała się Julia do słuchawki, kiedy przyłożyła ją do ucha.
- Julia? - zapytał znajomy głos. - To ja, Jonathan. - W tym momencie, dziewczynę przeszył dreszcz na całym ciele. Jonathan Davis. Kto by pomyślał? Julia w ogóle nie spodzniewała się takiego spotkania. Mieszka w najnudniejszej dzielnicy Chicago. W ciągu tych pięciu lat, od kiedy się wprowadziła, nie zobaczyła jeszcze ani jednej znanej osoby.
- Tak, to ja. Cześć. - przywitała się dosyć poważnym głosem. 
- Spotkajmy się. - rzucił prosto z mostu, jak gdyby nigdy nic.
- Teraz? 
- Nie teraz, ale dzisiaj. Może być o 15.00? Przyjdę po ciebie. - zaproponował. Dziewczyna nie była pewna. Jeśli chce po nią przyjść, to musi znać jej adres. Ale czy ona naprawdę chciała mu go dawać? 
- Jon, znamy się zaledwie trzy dni. Nie wiem, czy mogę powidzieć ci, gdzie mieszkam.
Jonathan zaśmiał się.
- Julia, spokojnie. Nie jestem żadnym zboczeńcem, nie będę cię śledził, czy porywał. Po prostu polubiłem cię i chciałbym się spotkać. Czy to złe, że ludzie chcą zawierać nowe znajomości?
Polka pomyślała przez chwilę. W sumie co w tym złego? Mówi poważnie, z tego co słyszała. 
- Dobrze. - powiedziała zdecydowanie dziewczyna i podała mu adres.
- Dzięki. To będę o 15.00. Do zobaczenia.
- Cześć. - Julia odłożyła słuchawkę. Odwróciła się do swojego psa i zaczęła do niego mówić, jakby wszystko rozumiał. A skąd wiadomo? Może rozumie? Psy przecież są mądre.
- Dobra, Olly, ja się idę ubierać, ty zaczekaj i idziemy do weterynarza. Kolejny zastrzyk cię czeka. - pogłaskała go i poszła do swojego pokoju. Stanęła przy szafie, wyjęła z niej kilka rzeczy i pobiegła do łazienki. Po chwili była już gotowa i stała przy drzwiach.
- Olly! Choć, pieseczku. - zawołała i w mgnieniu oka pies miał już na sobie kaganiec i smycz. Wyszli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz